kwietnia 28, 2017

kwietnia 28, 2017

Alfred "Al" Polok, artysta niezwykły i człowiek, przy którym uśmiechnie się nawet największy ponurak! Rozmowa o sztuce, ciszy, ludziach, tym co bliskie sercu...

Chciałabym, abyście dzisiaj poznali Alfreda Poloka, niezwykłego człowieka o artystycznej duszy, człowieka, od którego emanuje niesamowita pozytywna energia! Przyszykujcie sobie duży kubek gorącej kawy i wielki kawał ciasta, lektura bowiem będzie długa i niezwykle ciekawa!

Ja: Al, to jest zabawne, ale zanim poznałam Ciebie osobiście, najpierw poznałam Twoją twórczość artystyczną. W Twoich pracach jest tyle radości, ciepła, emanuje od nich niesamowita pozytywna energia, że kiedy poznałam Ciebie już osobiście odniosłam wrażenie, jakbym znała Ciebie już od zawsze. Opowiesz mi nieco na temat Twojej twórczości? Kiedy w Twoim życiu pojawił się ten moment, gdy odkryłeś, że malowanie to wspaniały sposób na wyrażenie siebie? Jaki był pierwszy impuls, pamiętasz?

AL: Pamiętam, pamiętam... A co do nas, to prezent od losu (szczery uśmiech), że znamy się „od zawsze”, bo - o ile ja też spostrzegłem i jeśli się nie mylę - łączy nas pozytywna energia w tworzeniu marzeń na podobraziu, co za tym idzie, sprawia nam radość taki przekaz ludziom poprzez sztukę, prawda? Jednak od osobowości artysty zależy jak dogaduje się, czy współpracuje z innymi artystami. Pamiętam: wieki temu na plenerze plastycznym dla amatorów, gdy natknąłem się na gościa, to warczał na mnie, bo mu przeszkadzałem, gapiąc się przez jego ramię, aby śledzić jak dyrygował pędzlem piękny obraz.
Cóż, zdarza się, że artysta wilkiem wobec innego wrażliwca. No dobrze, jaki był mój początek? Otóż w czasie ostatnich wakacji szkoły podstawowej w moje ręce wpadł z jakiejś serii obrazek dziewczynki w fartuszku z kolorowymi łatkami w stylu patchwork, więc zwyczajnie zacząłem kredkami odtworzyć ten malunek. Wyszedł wiernie co do kreski i całkiem fajnie. Coś we mnie tknęło... Czy wtedy odezwało się powołanie? Nie wiem, ale pomyślałem: czemu by nie spróbować dalej. Dalej szło jak w utworze „Bolera” Ravela, od spokojnego realizmu, poprzez ulubiony impresjonizm, do burzliwego ekspresjonizmu i bałaganiarskich eksperymentów (w ciemno) techniką mieszaną. Zawód zecera (odpowiednik dzisiejszego DTP) był zaklepany, więc postanowiłem uczyć się malarstwa jako samouk. Malowałem pejzaże z kalendarzy ściennych, papugowałem czy małpowałem dzieła sztuki z wszelkich albumów m.in. malarstwa francuskich impresjonistów, polskiego malarstwa z lat międzywojennych. Potężnym zastrzykiem dopingu w sensie wiary w moje możliwości, były również niesamowite obrazy Artystów Bez Rąk malujących ustami lub nogami. Muszę nadmienić, że w przygodę z malarstwem także
wciągnął mnie starszy Brat, którego pasja malowania okazała się słomianym ogniem, więc wrócił do wędkarstwa, a mnie popchnął dalej jak kulę kręglową w świat sztuki czyli wspierał mnie i zachęcał, bym się nie poddawał. Poza tym rzewnie wspominam, jak strasznie, niemal śliniąc, zapragnąłem „magicznych” farb olejnych. Kusiły mnie niemożebnie te rarytasy Karmańskiego - chłoptasiowi stojącego przed ladą w sklepie plastycznym dostępnym tylko dla artystów profesjonalnych. W końcu Tato przywiózł upragnione farby z ówczesnej Czechosłowacji, a ja o mało nie uderzyłem się głową o sufit w podskokach z radości. Dlatego do dziś zapach farb olejnych i terpentyny rozkręcają mnie do działania, tym bardziej podbudowując klimat tamtych lat.

Ja: Co jest dla Ciebie istotą sztuki?
Al: Czy mogę śmiało rzec, że sztuka wynika z samej istoty natury? Ba, może nawet Natura jest artystką? Sztuka rodzi się przecież z potrzeby zaimponowania partnerce czy partnerowi, a nawet rywalowi poprzez kunszt tańca, walki, stroju, śpiewu, poezji itd. A my malarze oczywiście naturalnie chcemy zamanifestować
w sposób twórczy swoją obecność, swój pogląd na świat. Zaś według mnie sztuka jest wyrażaniem emocji, realizowaniem marzeń, upiększaniem szarej rzeczywistości czy podkreślaniem jej realiów. Sztuka jest też wyrazem buntu, protestem na niesprawiedliwość i wszelkie zło, „rodzeniem z bólu” jakieś twórczej substancji, poprawianiem bądź tworzeniem nierealnego, intymnego świata w postaci wykonanego dzieła.

Ja: Jeździsz na plenery malarskie? Jak na Ciebie wpływa taka atmosfera plenerowa?

Al: Plenery malarskie, zwłaszcza około dziesięciodniowe to były najpiękniejsze moje urlopy, to niemal prawdziwa akademia malarstwa. Przede wszystkim warsztaty zawsze wyswobodziły moje skrzydełka stłamszone wcześniej codziennością, wtedy równie bardzo dobrze mi się malowało. To raz. Po drugie - atrakcyjne
miejsce, wystarczająco długi czas trwania dla realizacji artystycznych prac dały szerokie możliwości rozwoju osobowości od twórczej strony, a szczególnie pozytywnie wpływały na owocną współpracę między uczestnikami. Atmosfera plenerowa jaką wspominam to: podnoszony prywatny most za moimi zawodowymi sprawami, zapach olejnych farb, terpentyny i kawy rozpuszczalnej, dymek z papieroska w przerwie, wyswobodzony umysł, malowanie ramię w ramię z kompanem na łonie natury, wzajemne poszturchiwanie się łokciami, uśmiech radosny, śmiechy do rozpuku. Teraz prawie wcale nie jeżdżę na organizowane plenery, raczej prywatnie, ale wtedy, gdy mam siły i czas, a z tym niestety trochę trudniej jakoś.

Ja: Czy jest jakiś artysta, który w szczególności Ciebie inspiruje?

Al: Nie było szczególnego idola w całym moim życiu plastycznym. Mistrzowie pędzla zmieniali się jak zmieniało się moje malarstwo. Zanim pojawiła się króciutka fascynacja Szyszkinem i jego niesamowicie realistycznymi obrazami, nagle hurtem w moje twórcze życie wtargnęli francuscy i polscy impresjoniści, potem zaś z wielkim hukiem ekspresjoniści, na krótko wstąpił hiszpański malarz
El Greco, i jak wcześniej wspomniałem, darzyłem miłością autentyczną wobec Artystów Bez Rąk przez ogromne „A”. To wszystko kalendarzowo-albumowi przewodnicy wszelkiej twórczości. A w życiu realnym? Pewnego plenerowego, słonecznego dnia, pewna rezolutna Kumpela zafurczała do mnie tak: „Słuchaj Frugo, przestań papugować i małpować, zacznij myśleć po swojemu i zabierz się do pracy nad własnym stylem”. No więc ta dziewoja - czarodziejka, skaut i anioł w jednym, zbudziła mnie z nieuświadomionego letargu kopiowania czyiś umiejętności. Niemal po 20 latach poszukiwań, zaczęła się moja indywidualna ścieżka w świecie sztuki. Aha, aktualnie bardzo podobają mi się portrety Olgi Boznańskiej.
 

Ja: Obracasz się w kręgu niesłyszących artystów. Jakie były Twoje wrażenia podczas pierwszych artystycznych spotkań?

Al: Pierwszy raz w Przywidzu w 2001 r., uczestniczyłem na plenerze plastycznym dla artystów głuchych i słabosłyszących. Pozwól Luszko, że przypomnę tym, którzy mnie jeszcze nie znają, mianowicie jestem od urodzenia osobą słabosłyszącą, czytającą z ust, uchowany w świecie słyszących, od dziecka nosiłem aparat słuchowy. Więc tak naprawdę pierwszy raz w życiu stykałem się tam z PJM. Stałem z boku i obserwowałem długo i wytrwale na piękną mowę śmigających rąk. Po paru dniach cierpliwość została wynagrodzona, serdeczny przyjaciel, Głuchy posługujący się tylko PJM, życzliwie i z wyrozumiałością wprowadził mnie w jego świat ciszy. Raptem dołączyli się inni artyści, którzy, poprzez rozmowy nocne Polaków do białego rana, przyczynili się, że coraz chętniej poznawałem przebogaty język mowy ciała. Zresztą warsztaty plastyczne niesłyszących intergrują uczestników nie tylko w kwestii wymiany doświadczeń artystycznych, ale również poznawania czy doskonalenia naturalnego języka migowego.

Ja: Podczas jednej z naszych rozmów rzekłeś coś pięknego, mianowicie, że fascynuje Cię każdy człowiek, bo każdy według Ciebie ma do opowiedzenia swoją wyjątkową  historię. Jak myślisz... Czy artyści niesłyszący poprzez swoją sztukę snują inne opowieści niż słyszący?

Al: To oczywista oczywistość, że absolutnie każdy człowiek jest indywiduum i niebotyczną katedrą, do której się wchodzi zdejmując buty i cichutko na paluszkach obserwuje nie tylko jej skarby, ale i tajemnicze wnętrza często na amen zamknięte. Taka jest historia osoby, którą uwielbiam słuchać i ciągle się uczę słuchać, bo czasem nieuważnie potykam się o schody do bratniej duszy. Owszem zdarza mi się „łatwo powiedzieć", czyli generalizować, po którym mam wyrzuty sumienia, natomiast oczywiście uważam, że niegodziwością jest wrzucanie ludzi do jednego wora. Dlatego umówmy się, Luszko, że moje spostrzeżenia o niesłyszącym artyście, to osobiste sugestie jako Słabosłyszak, do których Głusi mają prawo mieć jakieś uwagi, ponieważ nigdy nie odczułem na własnej skórze,
jak to jest być totalnie głuchym. Tak na marginiesie, kiedy mam katar, to jestem głuchutki jak nietoperz bez głowy, ale to stanowczo za mało. A więc wracając do pytania podsuwam, powiedzmy sobie, taki przykład. Jakiś czas temu rzuciłem ciężkie kłody - w postaci bojowego zadania do wykonania - pod nogi artystów z grupy GAG (Grupa Artystów Głuchych), ale im większe oni podejmują wyzwanie, tym bardziej stroszą piórka ochoczo rozwartych skrzydeł, aż się pierzyło po całym dworze. W tym celu zorganizowałem w zamiarze wystawę - eksperyment w Opolskiej Filharmonii, pod tytułem „Muzyka zza ciszy”. Moi kochani Artyści mieli przedstawić w pracach z malarstwa, fotografii, grafiki i instalacji temat w ten sposób, żeby oglądający wystawę notabene słyszący(!) gość miał wizualne wrażenie "słyszenia" muzyki z ich dzieł, lub dowiedzieć się z artystycznego przekazu, jak Głuchy bądź Słabosłyszący czuje muzykę. Ostra ze mnie kosa, nie? W każdym razie, dzielna trupa gagowska wywiązała się z zadania nad wyraz śpiewająco, a ich twórcze
piórka jeszcze długo po wystawie fruwały. Właśnie tym wydarzeniem chciałbym podkreślić, że każda praca artystyczna „opowiadała” swoją odrębną historię, swoje indywidualne przeżycia artysty związane z muzyką. Wreszcie co mnie ujęło w pracach na tej wystawie, uprzejmie przypominając, że wypowiadam się jako osoba słabosłysząca. Jeśli się mylę, to, Drogie/dzy Czytelniczki/cy, zaproście mnie na dywanik do priva, a pokornie wysłucham. Otóż Głuchy lub osoba z dużym ubytkiem słuchu, odbiera dźwięki np. melodię czy rytm wzrokowo, ciałem, nawet organami wewnętrznymi, czy "szóstym zmysłem". Szczególnie zapamiętuje ulubioną muzykę, choćby jej skrawki, czy ją odtwarza gdzieś wewnątrz siebie wtedy, jeśli ma ona ścisły związek z ukochanym miejscem, z ruchem tanecznym baletnicy, erotycznym powabem piosenkarki lub gitarzysty. Co jeszcze zauważyłem? Dla Głuchego muzyką jest rozedrgany kolorami pejzaż, migotliwość odbitego światła i cieni na płaszczyźnie, słoneczne łatki, blask pereł w podwodnym świecie, ruch smyczków w orkiestrze, tlący się ognik w ciemności, chaos na ulicy. Mniej więcej sumując, sekwencja przesuwających się z rytmiczną konfiguracją różnych figur i kolorów sprawiają, że obraz gra. Poza tym, na podstawie jednego dzieła nie można oczywiście wyczytać wszystkiego z dużego kawałka życia artysty, tym bardziej całego życiorysu, Jego obrazy zmieniają się w zależności od życiowych epizodów. Są owszem wyjątki, słyszący artysta również może wzrokowo analizować dźwięczność świata wokół siebie. Trzeba jednak lat obserwacji, aby dostrzeć cienką różnicę artyzmu między głuchym a słyszącym artystą, nie mówiąc o talencie, doświadczeniu i potencjale.

Ja: Jak sądzisz, Al, co mogliby uczynić słyszący, aby pomóc niesłyszącym artystom w rozwijaniu ich talentów, pasji?

Al: Dobre pytanie! A wiesz, Luszko, że bywa odwrotnie. To głuchy artysta może przekazać wiele ze swojej twórczości Słyszakowi, jak na przykład w obrazach zaakcentować głębię ciszy. Pewien młody dżentelmen z Warszawy w ujmujący sposób pokazał, acz powalił mnie dokumentnie, czym jest brak melodii w jego otchłani bez dźwięku. Mianowicie wykonał instalację z prostej ramy w sensie harfy z jednakowo cieniuteńkimi żyłkami (wędkarskimi), niczym nieme struny. W życiu bym nie wymyślił czegoś tak wymownego. Ale odnośnie pytania, opowiem historyjkę znów przywidzką. Pewna bardzo wesoła Pani poprosiła mnie o pomoc, żebym ocenił jej obraz i ewentualnie coś doradził.
Przed moimi oczami ukazał się prześliczny obraz z kwiatami, niemal profesjonalny, ale wszystkie kwiaty w wazonie prezentowały się zbyt układnie, w jednakowym szyku. A ja dopiero co poznawałem PJM i nie miałem pojęcia jak zamigać "urozmaicić kompozycję", Na szczęście wpadłem szybko na pomysł, żeby pokazać poprzez pantomimę różne grymasy twarzy, jak te kwiatki mają się "zachować". Udało się! Bukiet od razu odzyskał ciekawsze światłocienia. Owa Pani mnie za to bardzo polubiła, i nie gniewała, że byłem zbyt wymagający. Poważnie - żeby pomóc niesłyszącemu początkującemu artyście, trzeba znać PJM i umieć po prostu podejść do niego jak zwyczajny, dobry znajomy z
sąsiedztwa. Gdy natomiast jest trudnym, niedostępnym człowiekiem, a chce pokochać sztukę i czuje do niej powołanie, to wtedy czuwać koło niego, czekać cierpliwie aż się odezwie, nie naciskać, dostrzegać jego postępy, a ewentualnie o błędach napomknąć na wesoło, z wyczuciem i w odpowiednich momentach, na tzw. "kanapkę". Zaś o taryfie ulgowej nie ma mowy.

Ja: Uwielbiasz podróżować po świecie, prawda? Czy któraś z tych podróży w jakiś szczególny sposób zapisała się w Twoim sercu?

Al: Ach, żebym mógł podróżować choć raz na miesiąc, niekoniecznie po świecie. Najbardziej mi zapadł w sercu pobyt w Norwegii, przeżyłem tam najpiękniejszą w życiu podróż pociągiem z Oslo do Bergen. Ponieważ to było nocą, zwłaszcza białą w środku lata, to paluchami przytrzymałem powieki moich oczu, żeby nie przegapić na śpiąco mijającego za oknem krajobrazu. A pajzaże takie, że miałem wrażenie, iż jestem na innej planecie. Jechałem wtedy do przyjaciółki, aby pomóc przetaszczyć z powrotem do Polski jej bagaże z całego półrocznego pobytu na stypendium artystycznym. Śmiechu było co niemiara. Kiedy w końcu zajechaliśmy do mojej chałupy, aby przekimać i nabrać siły do dalszej powrotnej drogi, ćwierć wsi lampiło się na nas, jakobym przywiózł świeżo poślubioną żonkę z całym jej dobytkiem. Z ostatnich aktualnych urlopowych wypadów, to wydaje mi się, że na zabój pokochałem rejsy promem czy stateczkiem po morzu. Jednak wciąż najukochańszym na świecie miejscem jest Bałtyk, może dlatego, że nie poznałem jeszcze wszystkich plaż. W dodatku powolutku rozwija się we mnie fascynacja dreptaniem po górach, czyli wiele, wiele przede mną.

Ja: Czy snujesz jakieś twórcze plany na najbliższy czas? Czy czekasz na spontaniczne nadejście weny?

Al: Mam zaklepany plan indywidualnej wystawy jesienią w Opolu. Na razie nie chcę o tym rozpowiadać, by nie zapeszyć, więc zacieram ręce, podwijam rękawy, szporuję kasę na płótna i tak dalej. Wena Twórczalska to, proszę Ciebie, arcyperfidna postać. To pannica ze spuszczonymi oczętami i ani jej się śni podejść do mnie. To ja muszę koło niej okręcić się na kolanach, ubłagać tak długo, aż ona będzie łaskawa chociaż chuchnąć na mnie. Ale zamiast zapachu terpentyny i farb, leci z jej buzi chemiczny zapaszek tabletek na depresje. Innym razem, gdy zaczynam malować w dość niewygodnych warunkach, tzn. nie wiem czy siedzieć, czy klęczeć, kapuśniaczek leci za kołnierzem, pędzle łysieją, brakuje ulubionych farb, za to biała olejna jak twaróg, nie ma gdzie i jak oprzeć podobrazie... A Wena T. jak kotka, nagle wskakuje na moje kolana, całuje moje rzęsy, szepcze do ucha najpiękniejsze wiersze, głaszcze moje skrzydła, czesze paluszkami moją brodę. Wtedy obraz powstaje jak burza piękna z piorunami. Naprawdę nie ściemiam. Im lepsze, komfortowe warunki, tym gorzej malowanie mi idzie, czy ciężko jakoś zacząć, a gdy są wariackie, spontaniczne kłopociki, to obraz też spontan.

Ja: Al, bardzo dziękuję za rozmowę!
Al: Dziękuję bardzo, Luszko!






1 komentarz:

  1. Jaki świat mały! Niedawno jechałam przez Opole i była wystawa pana Alfreda! Szkoda że wtedy nie weszłam! Ale nie pomyślałam że to taki artysta i fajny człowiek!
    Pozdrawiam z Białegostoku

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Mocna Cisza , Blogger