kwietnia 20, 2017

kwietnia 20, 2017

Rozmowa z Agnieszką. O rękodziele, Afryce i relacjach ze słyszącymi




Agnieszko, a więc powiadasz, że jesteś gotowa na naszą rozmowę? Jeśli uznasz, że nie masz ochoty odpowiadać na jakieś moje pytanie to daj znać, ok?
W porządku. Możemy zacząć.

Odkąd się znamy zawsze uwielbiałaś rękodzieło artystyczne. Dla mnie jest to dość nietypowe, bo jesteś osobą lubiącą przedmioty ścisłe, studiowałaś matematykę, a takie osoby raczej nie kojarzą mi się z miłośnikami różnych ręcznych robótek.

To prawda, uwielbiam rękodzieło. To moja babcia przyczyniła się do tego, że pokochałam różne robótki ręczne. Jako małe dziecko bardzo często chorowałam. Wychowałam się na wsi. Rodzice nie mieli czasu, żeby przy mnie siedzieć, bo musieli pracować w gospodarstwie. Babcia więc starała się wypełniać mój czas, tak, żebym nie siedziała bezczynnie podczas choroby. Nauczyła mnie szydełkowania, tworzenia cudownych ozdób choinkowych z bibuły, robiłyśmy z butelek zabawki i domki dla ptaszków. Babcia nawet próbowała mnie nauczyć szycia, ale szycie to jednak nie jest moja mocna strona. Skończyło się na tym, że potrafię tylko przyszyć guziki i uszyć prostą poszewkę na poduszkę. W miarę dorastania interesowałam się innymi rodzajami rękodzieła. Moje serce skradł decoupage. Zajmowałam się nawet organizowaniem warsztatów decoupage'u. Sporo osób mówiło mi, że to jest nietypowe zainteresowanie jak dla matematyczki. Matematykę jednak studiowałam tylko dlatego, że jestem osobą niedosłysząca. Uważałam, że łatwiej będzie mi studiować coś, gdzie są wzory, jakieś ustalone metody obliczeń, które znajdę w książkach. Pomyliłam się. Studia nie były łatwe. Wykładowcy nie byli aż tak wyrozumiali i cierpliwi. Nie rozumieli, że na wykładach nie słyszę wszystkiego, że mój aparat słuchowy i pętla indukcyjna dla studentów niedosłyszących tylko wspomaga słyszenie, ale nie przywraca mi słuchu w stu procentach. Dobrze, że jednak mogłam zawsze liczyć na pomoc koleżanek z mojego roku. Pomocne też były korepetycje. Rękodzieło to świat, do którego zawsze uciekałam, aby odpocząć przed męczącym światem słyszących. Męczącym, bo czasami naprawdę jestem bardzo zmęczona tym tłumaczeniem, że słabo słyszę, że nie każdego rozumiem, że aparat słuchowy to za mało, żeby wszystko dobrze rozumieć. 

Wiele podróżowałaś po świecie. Organizowałaś nawet warsztaty rękodzieła poza Polską. Jak sobie radziłaś jako osoba niedosłysząca z porozumiewaniem się w języku obcym?

Żyłam na walizkach, bo taką pracę miał mój teraz już były mąż. Jemu jako osobie słyszącej zawsze łatwiej było znaleźć pracę. Mnie jako osobie z gębokim niedosłuchem trudniej. Nie chciałam jednak siedzieć bezczynnie. Wpadłam więc na pomysł, żeby poznawać jakieś Polki w danym kraju i wspólnie z nimi organizować warsztaty. Tak organizowałam warsztaty dla małych grup w Finlandii i w Niemczech. Grupy specjalnie były małe, żeby łatwiej było mi się ze wszystkimi paniami porozumieć. Jeśli chodzi o język obcy, to znam angielski i mogę się porozumiewać tylko pisemnie. Mój niedosłuch utrudnia mi rozumienie angielskiego ze słuchu. Aparaty słuchowe niespecjalnie mi pomagają. Testowałam różne aparaty słuchowe, żaden mi nie pomaga na tyle dobrze, żebym dużo rozumiała ze słuchu. Próbowałam nawet chodzić na specjalne zajęcia, które miały mi pomóc wyćwiczenie się w rozumieniu angielskiej mowy. Wszystko na nic. Zostało mi pismo, ale nie jest tak źle. Poza Polską, w innych krajach dla ludzi porozumiewanie się przez pismo nie jest takie problemowe. Z moich obserwacji wynika, że to Polacy mają największe opory, żeby się porozumiewać przez pismo. Nie wiem dlaczego tak jest.

Niedawno przebywałaś na misji aż w Afryce. Podziwiam Twoją odwagę. Co tak naprawdę Ciebie skłoniło do wyjazdu na ten kraniec świata?

Rozwiodłam się. Decyzja o rozwodzie była dla mnie bardzo trudna. Musiałam jednak to zrobić. Kochałam kogoś kto tak naprawdę mnie nie kochał. Nie będę mówiła o szczegółach. Musiałam wyjechać, żeby ochłonąć po trudnej i przykrej rozprawie rozwodowej. Zawsze należałam do Oazy, stowarzyszeń młodzieży chrześcijańskiej, więc wybrałam misję w Lusace. Pojechałam tam z grupą polskich misjonarzy i wolontariuszy. Ten wyjazd bardzo mi pomógł. To było dla mnie ciekawe doświadczenie. Prowadziłam zajęcia plastyczne przy kościele dla dzieci z ubogich rodzin. Pracując z dziećmi odzyskałam spokój wewnętrzny. Nabrałam dystansu do pewnych spraw. Po powrocie do Europy zrozumiałam, że moje miejsce jest właśnie tam. Wracam do Lusaki jeszcze w tym roku. Jadę tam już nie sama, ale z kimś mi bliskim.  Poznałam kogoś, przy kim czuję się kochana i rozumiana. Tym kimś jest ktoś taki sam jak ja, też jest osobą niedosłyszącą.

Co Ciebie najbardziej zaskoczyło w Lusace?

Pamiętasz nasze spotkanie przed moim wyjazdem? Mówiłaś, że po co jadę tam, gdzie są same słomiane chaty, jeździ się na słoniach i chodzi się w sukienkach zrobionych z trawy? Przyznam Ci, że wtedy myślałam tak samo! Bałam się do tego przyznać. Po prostu nie chciałam, żeby wszyscy mi odradzali ten pomysł z wyjazdem jako wolontariuszka. Ja czułam, że muszę wyjechać! Kiedy dotarłam do Zambii, do Lusaki przeżyłam szok. Byłam bardzo zaskoczona. W mojej wyobraźni Zambia wyglądała inaczej niż to, co zobaczyłam. Lusakę też inaczej wyobrażałam, to miasto pełne skrajnych kontrastów. Szokował mnie widok dzieci śpiących czasem na ulicy. Artyści i rzemieślnicy tworzą albo w swoich domkach, albo po prostu na ulicy. Prawie na każdym rogu można kupić ich prace rękodzielnicze. Jeśli ktoś zawita do Lusaki to warto żeby kupił jakieś pamiątki, bo tam naprawdę nie ma takiej pamiątkowej chińszczyzny jak w Europie.

slumsy, są miejsa z prymitywnie zrobionymi domkami, ale są też wieżowce, osiedla z blokowiskami. Są nawet luksusowe hotele! Te hotele i przepych w nich to mnie najbardziej zaskoczyło. Zaskoczył mnie też dość dobrze wyposażony szpital, muzeum w Lusace. Myślałam, że tutaj takich rzeczy po prostu nie ma.

Żałowałam, że byłam tak zapracowana, bo nie miałam czasu zwiedzić całej Lusaki. Mam zamiar to nadrobić po powrocie do tego miejsca. Bardzo chciałabym pooglądać wszystkie bazary i jarmarki z rękodziełem. Ty też byś była zachwycona. Rękodzieło afrykańskie, tkaniny afrykańskie są takie piękne i takie bajecznie kolorowe.


 Jak sobie radziłaś tam jako osoba niedosłysząca?

Było troszkę trudno. Pracowałam z Polakami. Musiałam się przyzwyczaić do tego jak mówią. A oni musieli przyzwyczaić się do tego, że ja niedosłyszę, że trzeba do mnie trochę wolniej i wyraźniej mówić. Ale jakoś potem się dogadywaliśmy. Najlepiej dogadywałam się jednak z dziećmi. Są kochane! Zaprzyjaźniłam się z lekarką, która tam mieszka od wielu lat. Zbliżyły nas podobne życiowe doświadczenia. Rozmowy z nią pomogły mi pogodzić się z rozwodem.
 
Skoro już mowa o rozwodach... Jak sądzisz, czy związek osoby niedosłyszącej z niedosłyszącą jest trwalszy niż niedosłyszącej ze słyszącą?

Wiele zależy od tego jakie charaktery mają takie osoby. Niestety wiele też zależy od tego jaka jest rodzina partnerów. Powiem tylko, że związek osoby słyszącej z osobą niedosłyszącą jest skazany na porażkę jeśli osoba słysząca nie pomoże swojej partnerce czy partnerowi niedosłyszącemu zintegrować się z jego rodziną. Ja bardzo źle się czułam na spotkaniach rodzinnych. Jestem niedosłysząca, ale mówię, nie migam, a mimo to zawsze siedziałam samotnie przy stole rodzinnym. Nikt się do mnie nie odzywał. Czasami próbowałam zacząć jakąś rozmowę z osobą, która siedziała obok mnie, ale tylko mi krótko odpowiadano, ale rozmowy nie było. Widać było, że rozmówcy nie mieli ochoty rozmawiać z kimś komu trzeba często powtarzać co się mówi. Zawsze myślałam, że taki problem dotyczy osób głuchych, takich, które tylko migają. Okazuje się, że nie, bo wiele ludzi niedosłyszących takich jak ja ma takie same doświadczenia. Czują się odrzuceni i nie do końca zaakceptowani. Dlatego już nie dziwię się, że nie tylko głusi, ale też ludzie niedosłyszący rzadko utrzymują kontakty z niektórymi słyszącymi osobami ze swoich rodzin.

Jeśli mowa o rodzinie to z kim zatem najchętniej utrzymujesz kontakty?

Rodzina to dla mnie nie tylko więzy krwi. Czasami więzy krwi to nie wszystko. Dla mnie rodziną są ludzie, którzy akceptują mnie taką jaka ja jestem i na których zawsze mogę liczyć. Za rodzinę uważam ludzi, którzy mnie rozumieją, nie jest dla nich problemem, żeby do mnie wyraźnie mówić, albo nawet pisać. Mam w sobie takie coś, że odsuwam się od tych ludzi, u których wyczuwam, że spotykają się ze mną tylko z grzeczności, albo tak na siłę, bo tak wypada, a przy mnie tylko się męczą. Ja obserwuję twarze ludzi i dobrze widzę kiedy ktoś jest zniecierpliwiony i zniechęcony tym, że musi mi często powtarzać co się mówiło. Kiedyś byłam na różnych spotkaniach osób niedosłyszących i głuchych. Były to spotkania i w Polsce i poza Polską. To niesamowite, ale w każdym kraju my niedosłyszący i głusi mamy takie same problemy z naszymi relacjami ze słyszącą rodziną. Jako niedosłysząca, chociaż nie wiem jak ładnie bym mówiła to w świecie słyszących nie do końca będę się czuła sobą. Świat słyszących to nie do końca mój świat.

Rozmawiałaś o tym z rodziną?

Nie. Po co? Oni tego nigdy nie zrozumieją. 

... ale próbowałaś kiedykolwiek?

Raz. Bardzo dawno temu. Dlatego wiem, że to nic nie da. Oni po prostu myślą, że skoro mi nikt nie dokucza i nikt nie wyśmiewa się to już jest integracja. Większości się wydaje, że jak osoba niesłysząca siedzi przy stole i w milczeniu obserwuje jako oni sobie ze sobą rozmawiają, a oni go traktują jak powietrze to jest w porządku. Rzadko pomyślą, że niesłyszącemu trudno się włączyć w rozmowę, bo nie nadąża z odczytywaniem mowy z ust. Albo po prostu nie pomyślą, że niedosłyszący nie rozumie o czym oni akurat rozmawiają i boi się wtrącić, żeby się nie ośmieszyć tym, że powie coś nie na temat. Słyszący tak naprawdę nie chcą rozmawiać o dyskryminacji osób niedosłyszących i głuchych w ich rodzinach. To jest temat tabu.

Dziękuję za rozmowę. Mam nadzieję, że wkrótce uda nam się porozmawiać o Twoim nowym życiu na innym kontynencie.

Czas pokaże. Zobaczymy. 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Luszka & Mocna Cisza , Blogger