kwietnia 18, 2017

kwietnia 18, 2017

Rozmowa z Kasią o pomaganiu zwierzętom, a także o nauce i promowaniu Polskiego Języka Migowego. Dużo zdjęć!

Ja: Kasiu, w gronie swoich znajomych jesteś znana z tego, że jesteś wegetarianką, kochasz zwierzęta, aktywnie też wspierasz wszelkie akcje mające na celu pomaganie zwierzętom. Jak to się stało, że zaangażowałaś się w niesienie pomocy futrzakom?

Kasia: Zwierzęta były i są w moim życiu od zawsze i nie wyobrażam sobie domu bez zwierząt. Nieskromnie się pochwalę, że w obecnej chwili posiadam kota Filka, dwa króliki - Marlonka i Kinię, oraz dwa roczne urocze gerbile - Zulka i Gulka. Wszystkie są przygarnięte. Jeśli chodzi o zaangażowanie się w niesienie pomocy zwierzakom, stało się tak po prostu przypadkowo, albo takie było zrządzenie losu. 
W moim rodzinnym domu na ogródku pojawiły się kolejne kocie mioty mimo, że kotka regularnie otrzymywała tabletki antykoncepcyjne. Potem trzeba było maluchy odchować, a następnym krokiem było szukanie dobrego domu poprzez wystawianie ogłoszeń na różnych internetowych tablicach ogłoszeniowych oraz na forach miłośników kotów. I właśnie na takim forum zostałam niesłusznie spoliczkowana przez miłośników kotów za to, że przez swoją nieodpowiedzialność doprowadziłam do niepotrzebnego rozmnożenia się kotów, podczas gdy schroniska i domy tymczasowe pękają w szwach. 
W tamtym momencie ruszyło mnie sumienie. Wtedy włączyłam się w akcję polegającą na sterylizacji i kastracji kotów wolnożyjących. 
Akcja ta była finansowana przez Urząd Miasta, polegała na łapaniu kotów żyjących na wolności, kastrowaniu ich, a następnie wypuszczaniu ich w miejsce ich stałego bytowania. Oczywiście koty wypuszczane były dopiero po odpowiednim czasie ich rekonwalescencji. W międzyczasie, z racji, że oprócz kota Filka miałam jeszcze królika Zorrusia (obecnie kica za Tęczowym Mostem - takie specjalnie miejsce, gdzie wszystkie zwierzęta trafiają tam po śmierci) to zainteresowałam się bezdomnością wśród królików. O króliczej bezdomności mówi się bardzo rzadko, ponieważ króliki w przeciwieństwie do kotów czy psów są traktowane niestety jako zwierzęta gorszej kategorii.

W ostatnim czasie wielu rodziców kupuje swoim dzieciom w prezencie króliczki. Często okazuje się, że kiedy króliczek wyrośnie już na pana królika dzieci tracą zainteresowanie swoim pupilem, bywa i tak, że rodziny nagle stwierdzają, że opieka nad długouchym domownikiem ich przerasta, wskutek czego do schronisk nierzadko trafiają bardzo zaniedbane, chore króliki. Jak myślisz, w jaki sposób można byłoby zapobiec takim sytuacjom?

Przede wszystkim edukacja, propagowanie wiedzy na temat prawidłowego żywienia oraz opieki nad królikiem poprzez organizowanie różnych akcji edukacyjnych w szkołach, na imprezach, w festiwalach, a także poprzez różne programy edukacyjne, np. wywiady w telewizji, czy w czasopismach, na portalach społecznościowych, a nawet na tym blogu jak ten Twój. Przede wszystkim nie należy kupować zwierząt w sklepach zoologicznych i pseudo-hodowlach, bo na miejsce sprzedawanych już maluchów pojawiają się już następne urocze, puchate kuleczki i tak pojawia się błędne koło. W sklepach dobro zwierząt się nie liczy, a jedynie zysk z żywego towaru.
Powszechnym zjawiskiem w sklepach zoologicznych jest sprzedawanie królików 2-3 tygodniowych, które powinny być jeszcze z matką do 8 tygodnia życia. Zbyt wczesne odstawienie od matki skutkuje u maluchów spadkiem wydolności układu odpornościowego, takie maluchy często zapadają na różne choroby, bez fachowej pomocy umierają samotnie w wielkim cierpieniu. Bardzo często sprzedawcom w sklepach brakuje odpowiedniej wiedzy na temat prawidłowej opieki i diety królików, wmawiają kupującym, że królik mieszczący się w dłoni nie urośnie za bardzo i że klatka 60x60 cm posypana trocinami jest wystarczająca. W pakiecie dodają wapno, kolorową kolbę i ziarenka, których króliki w ogóle nie powinny spożywać.  Królik to nie odpowiedzialność jedynie na 2 czy 3 lata, ale na 10 lub więcej lat. 
Kilka lat temu, gdy byłam wolontariuszką fundacji wielokrotnie interweniowałam w sklepach zoologicznych, odbierałam chore czy w stanie agonalnym maluchy, a nawet "wyrośnięte" króliki, których nikt już nie chciał kupić.  


Jakie najczęściej są potrzeby króliczych schronisk? Na co najczęściej potrzebne jest wsparcie finansowe?

Przede wszystkim na leczenie chorych królików, a także na kastrację i sterylizację królików. Leczenie królików jest bardzo kosztowne, a bywa ono długotrwałe. Wolontariusze króliczej organizacji nie chodzą ze swymi podopiecznymi do zwykłego weterynarza, którego znajdziesz po drugiej stronie ulicy, lecz oddają uszatki tylko i wyłącznie weterynarzom specjalizującym się w leczeniu zajęczaków (nadmienię, że króliki to nie gryzonie, ale zajęczaki).  Takich weterynarzy w Polsce kiedyś można tylko na palcach policzyć, 7-8 lat temu takich można było tylko ze świecą szukać. Na szczęście jednak w ostatnim czasie zaczyna się pojawiać coraz więcej "króliczych lekarzy". Nierzadko bywało,że musiałam pokonywać długie trasy z Katowic do Krakowa, żeby króliczy weterynarz mógł przebadać królika z różnymi problemami stomatologicznymi.
Jak wspomniałam, niezmiernie ważne jest odpowiednie karmienie uszatków, zatem schroniskom pilnie potrzebne jest siano w hurtowych ilościach, które jest podstawą króliczej diety. Poza sianem króliki uwielbiają i mogą spożywać też suszone zioła, tj. babka lancetowata i szerokolistna, suszona pokrzywa, liście malin. Nie pogardzą także świeżą zieleniną, jaką natura oferuje wiosną czy latem. Im bardziej dieta jest bliższa naturze, czyli temu czym żywią się dzikie króliki - tym lepiej dla zdrowia uszatka.
Schroniskom niezbędny jest też żwirek drewniany, inaczej mówiąc podściółka, czy pellet drewniany, on także znika w oszałamiającym tempie. Gdyby ktoś nie wiedział to królików można nauczyć załatwiać się do kuwety, zatem i kuwety stanowią niezbędny gadżet dla długouchych.



Adopcja to dobre rozwiązanie. Jak należy postępować z adoptowanym królikiem, kiedy nie zna się jego życiowej historii, traumatycznych przeżyć, nawyków?
 
Swego czasu, gdy byłam wolontariuszką pracującą króliczej fundacji, służyłam również Domem Tymczasowym, w skrócie DT. DT to miejsce, w którym króliki czekają na czas, kiedy będą mogły odnaleźć swój Dom Stały, czyli DS. W takim DT wolontariusz, poprzez sprawowanie opieki nad uszatkiem, ma okazję obserwować zachowanie królika, pod jego opieką każdy królik przechodzi taką"króliczą resocjalizację", uczy się na nowo żyć, na nowo poznaje otaczający świat. W mojej wolontariackiej karierze bywały króliki, które przez całe życie nie wychodziły z klatki, co skutkowało wystąpieniem u nich bardzo dużej nadwagi i poważnym osłabieniem mięśni nóg, takie uszatki nierzadko w ogóle nie potrafiły kicać. W DT długousi podopieczni nie tylko przechodzą zmianę diety, ale też są przyuczani do załatwiania się do kuwety. Jednym królikom idzie to szybciej, inne potrzebują na to więcej czasu. Bywały u mnie króliki skrajnie agresywne, często ich historia, zanim trafiły do mnie, była nieznana. Więc takie króliki wymagały pewnej i cierpliwej ręki, co dla mnie było dużym wyzwaniem. Warto zaznaczyć, że agresywność u królików jak u psów czy kotów nie pojawia się znikąd, najczęściej bywa ona efektem bólu na tle chorobowym, strachu, bywa instynktowną chęcią obrony swojego terenu, bywa uwarunkowana działaniem hormonów płciowych, agresja to także odpowiedź na traumatyczne przeżycia królika z przeszłości itp.
Podczas procedury adopcyjnej potencjalny opiekun z DS był zawsze przez mnie dokładnie sprawdzany. Kontrolowałam czy dana osoba będzie w stanie podołać opiece nad "trudnym" królikiem. Nigdy nie oddawałam niedoświadczonym czy niecierpliwym opiekunom "trudnego" królika. Ponadto moją rolą było informowanie potencjalnego opiekuna o charakterze i nawykach danego królika. Suma summarum, radośnie kicający królik w nowym domu z kochającymi opiekunami, z miską pełną pysznych żarełek oraz mnóstwem miejsca do kicania to była dla mnie najlepsza nagroda za cały trud włożony w opiekę nad długouchym wychowankiem.


Czy znasz w swojej okolicy jakieś schroniska, które można byłoby wesprzeć finansowo?


Z tego co pamiętam, w Polsce działa kilka organizacji skupiających się na niesieniu pomocy królikom: Stowarzyszenie Pomocy Królikom (w skład wchodzi kilka oddziałów), Fundacja Przygarnij Królika, Fundacja Królewska, Azyl dla Królików w Toruniu, Stowarzyszenie ArbuZ (pomagają głównie królikom jak i kotom).


Kasiu, Twoją pasją jest nie tylko pomaganie zwierzętom, ale też prowadzenie kursów Polskiego Języka Migowego. Czy mogłabyś opowiedzieć jaka wyglądała twoja droga do stworzenia firmy "Migamy PJM-em"?

Droga do stworzenia firmy była bardzo długa, wyboista i kręta. O zakładaniu firmy myślałam wiele lat wcześniej zanim oficjalnie założyłam firmę w 2015 roku. Wtedy pracowałam w bibliotece na stałym etacie, była to praca spokojna i monotonna ze stałą i pewną wypłatą, ale nie dawała mi żadnej satysfakcji, kompletnie nie interesowała mnie działka, jakim jest bibliotekoznawstwo, czułam, że marnuję swój potencjał. 
Czasami dorabiałam jako lektor języka migowego, ale bywało, że pracowałam po 14 godzin dziennie i mój organizm po jakimś czasie odmówił posłuszeństwa. Więc zadałam sobie pytanie, co zrobię - albo monotonna praca w bibliotece aż do emerytury, albo zakładam firmę i będę rządziła jak mi się podoba, ale za to wiele ryzykuję. 
Generalnie jestem osobą, która ceni w sobie niezależność i lubi podejmować wyzwanie. Po 6 latach porzuciłam pracę w bibliotece - wiele osób patrzyło na mnie krzywo, pukało się w czoło, podcinało mi skrzydła mówiąc, że się nie uda poprowadzić firmy, że to ogromna odpowiedzialność. Byli jednak i tacy, co pomimo wątpliwości to jednak życzyli mi sukcesu. Nie brakowało także tych, co byli zaskoczeni moją decyzją i podziwiali moją odwagę. Różni ludzie różnie reagowali na moje postanowienie. Początek prowadzenia działalności gospodarczej nie należał do łatwych i wiele razy się potykałam i upadałam, ale dzięki temu teraz czuję się o wiele silniejsza i pewniejsza siebie. Błędy i porażki są potrzebne, bo bez tego nie osiągnęłabym celu.  To również zasługa mojego męża, który wierzył we mnie i wspierał mnie w rozwoju firmy.



Na fanpage Migamy PJM-em widać wielu bardzo zadowolonych kursantów. Czy w prowadzonych przez Ciebie kursach PJM uczestniczą głównie osoby słyszące? Czy zapisują się na kurs z własnej inicjatywy?

U mnie w kursach uczestniczą nie tylko osoby słyszące, ale także niesłyszące jak i słabosłyszące osoby, które chcą nauczyć się naturalnego języka migowego, żeby móc porozumieć się z Głuchymi. Często te osoby, które są po kursach Systemu Językowo Migowego (w skrócie SJM), przychodzą do mnie z żalem, że komunikacja między nimi a Głuchymi poległa w gruzach, a miało być tak pięknie. I tacy klienci są dla mnie wyzwaniem, bowiem moim zadaniem jest wyzbycie z ich głowy myślenia po polsku. W najlepszej sytuacji są kursanci, którzy wcześniej nigdy nie mieli do czynienia z SJM i zaczynają od zera. Większość z nich zapisuje się z własnej inicjatywy. Niektórzy przychodzą na kurs z ciekawości, by zobaczyć jak w rzeczywistości wygląda język migowy. A dla innych taki kurs jest w pewnym sensie formą psychoterapii, na zajęciach kursanci się otwierają, pokonują lęki przed publicznym wystąpieniem, mimika czy ekspresja ciała, która jest nieodłącznym elementem gramatyki w PJM pozwala im pozbyć się nieśmiałości. Dzięki takim zajęciom kursanci dostrzegli piękno w Polskim Języku Migowym.




Jak myślisz, czy wprowadzenie obowiązkowego lektoratu z PJM w szkołach masowych, począwszy od szkół podstawowych a kończywszy na średnich byłoby ciekawym rozwiązaniem?

Myślę, że takie rozwiązanie byłoby milowym krokiem naprzód dla społeczeństwa niesłyszących jak i słyszących, dzięki temu społeczeństwo słyszących nie miałoby tyle uprzedzeń na temat osób niesłyszących czy słabosłyszących. Moim zdaniem na lektoratach oprócz warsztatu PJM nie powinno zabraknąć także teoretycznych zagadnień na temat problematyki osób niesłyszących czy słabosłyszących w społeczeństwie. Wielu ludzi w Polsce posiada stereotypowe myślenie o osobach niesłyszących czy słabosłyszących i przez te fałszywe przekonania ludzie nie wiedzą jak zachowywać się wobec osób niesłyszących. Podczas gdy za granicą pisanie na kartce nie stanowi żadnego problemu dla słyszących, to  w Polsce nie wiedząc czemu słyszący mają z tym opory. Bardzo często słyszący są przekonani, że skoro głuchy nosi aparat słuchowy i ładnie się wysławia w języku polskim to z odbiorem komunikacji nie będzie miał żadnego problemu. Albo na przykład panuje taki mit, że każdy głuchy bez wyjątku czyta mowę z ust perfekcyjnie. I jeszcze by wiele wymienić takich mitów. Dlatego warto już w szkołach dzieciom od najwcześniejszych lat życia oraz młodzieży szkolnej zaszczepić język migowy i zagadnienia o świecie ciszy. Im większa świadomość społeczna tym lepsze rozumienie siebie i innych ludzi.

Wiele osób słabosłyszących ma trudności z rozumieniem mowy mimo, że korzystają z aparatów słuchowych, słabo odczytują mowę z ust, wiele takich osób nie zna PJM, bo wręcz wzbraniają się przed jego nauką. Osobiście sądzę, że dla nich najlepszym rozwiązaniem byłaby nauka PJM. Mogliby wówczas korzystać z pomocy tłumacza PJM zarówno w urzędach jak i na uczelniach, bo aparaty słuchowe, pętle indukcyjne nie wszystkim pomagają. W jaki sposób można by było zachęcić takich ludzi do nauki PJM?

Zgadzam się z Tobą w całej rozciągłości. Uważam, że warto poznać Polski Język Migowy, choćby dlatego, że obecnie dostęp do tłumaczy języka migowego jest coraz łatwiejszy. Tłumacz może pojawić się nie tylko osobiście, ale również może tłumaczyć zdalnie przez kamerę on-line czy poprzez aplikacje multimedialne umożliwiające korzystanie z usług tłumaczenia. Życie dzięki temu staje się łatwiejsze, przełamujemy bariery komunikacyjne i otrzymujemy jasny przekaz oraz pełną informację. Z autopsji wiem, że człowiek głuchy, żeby odczytać mowę z ust osoby mówiącej, maksymalnie wytęża swój wzrok, wówczas jego mózg pracuje na wysokich obrotach do 10, ewentualnie 15 minut, a w międzyczasie zdarzy się, że jedno słówko jemu umknie wtedy reszty już może tylko się domyślać na podstawie mimiki czy języka ciała osoby mówiącej. Potem już następuje zwyczajne zmęczenie i "wyłączenie" się z rozmowy. Natomiast odbieranie komunikatów w PJM nie jest już takie uciążliwe, jest zdecydowanie relaksem dla oczu i mózgu.


Kasiu, bardzo dziękuję Tobie za czas poświęcony na tą rozmowę. Bardzo się cieszę, że zgodziłaś się również na wkomponowanie w ten wywiad tych wszystkich pięknych zdjęć. Jestem też zauroczona Twoim podejściem do życia, ambicją i nieustannym rozwijaniem się - jesteś dla wielu osób niesłyszących wzorem godnym do naśladowania :)

A Wy, moi drodzy czytelnicy, jeśli zainteresowała Was nauka Polskiego Języka Migowego, serdecznie polecam Wam zapisy na kursy PJM u Kasi. Zajrzyjcie koniecznie na fanpage Migamy PJM-em, znajdziecie tam wiele ciekawych informacji - kliknijcie tutaj. Taki kurs to będzie dla Was naprawdę bardzo dobra inwestycja. Poza tym zachęcam do zakupienia unikatowej kolorowanki "Pokoloruj alfabet palcowy". Kolorowanka ta jest świetna nie tylko dla dzieci, ale i dorosłych - można nie tylko opanować alfabet, ale i też świetnie się zrelaksować podczas kolorowania, możecie ją zamówić - tutaj
Polecam i pozdrawiam serdecznie!

1 komentarz:

  1. Ciekawa osoba z pani Kasi :-) Przyjemnie się czyta o takich osobach. Bo nie jest im za łatwo ale radzą w życiu sobie :-) Cenię takich ludzi.
    Pozdrawiam z Białegostoku :-)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Luszka Szokker + E=mc2 , Blogger